in Ludzie
21. 11. 02
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Drodzy Państwo, przypominam mój tekst sprzed 17 lat, opublikowany w październiku 2004 roku w "Wadze i Mieczu". Dla czytelników "ze świata" informacja: jest to nasz lokalny miesięcznik, od ponad 30-stu lat wydawany w wersji papierowej w moim rodzinnym Strzyżowie. Pisuję w nim od 20 lat, a trzeci rok jestem jego redaktorem naczelnym ( pro bono, rzecz jasna). Waga i miecz to elementy herbu Strzyżowa i stąd pochodzi nazwa. Myślę, że ten tekst jest przypomnienia wart. Zwłaszcza dziś w Zaduszki. 

                           Zaprzyjaźnieni ze mną Janeczka i Roger Maikowie odeszli latem i jesienią tego roku. Byłam na konsolacji po pogrzebie Rogera. Gdy powiedziałam, że w naszym miesięczniku dwukrotnie prowadziłam z nim rozmowy, rodzina bardzo chciała mieć te teksty. Prosili, by zrobić skany czy ksero, żeby mogli jeszcze raz spotkać się z ich bliskimi. Znali Janeczkę i Rogera lepiej i dłużej niż ja, ale to ja miałam dostęp do skarbu pamięci, jakim były teksty w WiM. Zdałam sobie wówczas sprawę jakie to wyjątkowe, że mamy takie medium, w którym zatrzymaliśmy na zawsze przeszłość. W naszej gazecie ona JEST, choć dla wielu występuje wyłącznie w kategorii BYŁA. Jak wiele dla mnie znaczyło, gdy ponownie czytałam słowa Rogera i przypominałam sobie słoneczne popołudnia w ich ogrodzie i nasze rozmowy, takie ważne i z żarem, choć o codzienności. Dziękuję Im, że byli w moim życiu. Mam nadzieję, że wielu z nas spacerując po cmentarnych alejkach,  spotka osoby, które przeszły już na drugą stronę życia, a były i są równie ważne teraz, jak wówczas, gdy dane nam było rozmawiać na tym świecie. Chilon ze Sparty mówił, że o zmarłych należy mówić dobrze lub milczeć. Mam szczęście, że wspominając moich bliskich będących na drugim brzegu, nie muszę milczeć.

Moi bardziej i mniej znajomi wiedzą, że jestem bezkrytyczną wielbicielką strzyżowskich krajobrazów. Ale ludzi tak bezkrytycznie lubić nie potrafię. Gdy szukam cechy wspólnej dla ludzi znad Wisłoka, na pierwszy plan wysuwa się przemożna potrzeba stabilizacji, ale idąca w kierunku bezwładu. Już wyjaśniam. Jak Ameryka, Włochy, Anglia- to sprzątanie domku, opieka nad… lub budowa, żadne próby nostryfikowania dyplomów czy innych uprawnień. W kraju- jeden zawód, jedno miejsce życia, jedna praca- może być za marne grosze, czasem w poniewierce przez właściciela, czy jego dzieci nawykłe już do pomiatania podwładnymi rodzica. A mnie imponują ludzie, którzy umieją wszystko, a gdy trzeba, wszystkiego się nauczą. Tacy, co mają głowę nabitą pomysłami na życie, świeżość spojrzenia, chęć doświadczania zmian. Ci ludzie nie dają się zamknąć w skorupie lat, czy w konwenansach. Proponuję Czytelnikom rodzaj wywiadu, rozmowę w cztery oczy właśnie z takimi osobami. Rozmowę o tym co w życiu- oprócz życia- ważne. Słowem- życiowy alfabet. Rok temu robiłam wywiad z niezwykle ruchliwymi w życiu ludźmi- Janiną i Rogerem Maikami. Osiedlili się w naszych stronach, choć wcześniej nic ich z tym miejscem nie łączyło. Są tacy, jakich lubię- chce im się chcieć, mają apetyt na życie, lubią się uczyć wciąż nowych rzeczy, są z sobą, łączy ich nie tylko wspólny adres. A że gadającą głową tej pary jest on, zapraszam na alfabet Rogera Maika.

 A - jak „A, a, a, kotki dwa…” śpiewam mojej żonie, gdy nie może zasnąć.

 B - jak brzoskwinie. Nasz znak rozpoznawczy, nasz sposób na dorobienie do emerytur. Czemu brzoskwinie? Bo owocują w drugim roku po posadzeniu, a my nie możemy czekać na owoce naszej pracy kilkanaście lat (choć człowiek zaprojektowany jest podobno na przeżycie 130 lat).

 C - jak chcemy. Oboje z żoną chcemy dla ludzi tu mieszkających czegoś dobrego, np. pokazać, że mieszkaniec wsi może nim być z wyboru (a nie z odrzucenia przez miasto), może być zadowolony, może- pracując na wsi- godziwie zarabiać. Jego wybór to nie tylko porzeczki, maliny, żyto lub świnie. To także brzoskwinie, winogrona czy hodowla cennych grzybów shitake. My jesteśmy z takiego pokolenia, które ma wpisane w życiorys uwzględnianie dobra grupy ludzi. Dla nas nie jest to frazes lecz sposób na życie: chcieć dla innych, a nie wyłącznie dla siebie.

 D – jak dom. Miałem kilka ważnych domów. Ważny był ten przedwojenny w Puszczykowie, okazały 3-kondygnacyjny, w stylu szwajcarskim, z ogromnym parkiem. Ważny był dwór w Gorzycach. Dom rodzinny, stary, niemiecki Rittergut był zimny. Mój obecny dom lubię najbardziej, jest mi przyjazny i ciepły.

 E - jak ekonomia. Nauka, którą zajmuje się męska linia Maików.

 F – jak Filip. Wszystkie psy w moim życiu były dogami i wszystkie nosiły to imię. Nasz obecny Filip to wprawdzie owoc przypadkowego związku matki dożycy z bliżej nieznanym absztyfikantem, ale serce ma po dogach a i posturę niczego sobie.

 G – jak Gorzyce; 22 lata życia poświęciłem na podniesienie z ruin 400-letniego dworu. Po zawale serca postanowiłem, że nie spędzę reszty życia przed telewizorem. Kupiłem ruiny i zakasałem rękawy. Zabrakło mi funduszy, gdy prace remontowe zaawansowane były w 85%. Cóż, życie, sukcesy i porażki…

 H – herb. Został nadany moim przodkom przez Stefana Batorego. Ale jaki on jest, nie wiem. Nigdy mnie to nie interesowało. Jeśli ktoś jest Czartoryskim, to zrozumiałe, że zna i używa swojego herbu. Maik używający herbu byłby śmieszny.

 I – jak Izabela, moja pierwsza żona, osoba poważna i roztropna. Za nas oboje.

 J – jak jazda samochodem. Moja pasja. Miałem wiele samochodów w tym DKW meisterklasse  Deutsche Kraft Werke lub dykta- klej- woda. Auto przy którym mikrus to prawdziwy Rolls- roys. Ale miałem też mercedesy.

 K – jak król strzelców kurkowych. Był nim w Poznaniu przez 7 lat mój dziadek Wojciech. Lubił mój dziadek cyfrę 7, miał np. siedem żon, naturalnie kolejno.

 L – jak literackie skłonności. Moja żona twierdzi, że je posiadam. Jak widzę brzydką babę, to tak ją opisuję, że nie zostawiam miejsca na wątpliwości co do jej szpetoty. Coś jak w prozie Dygasińskiego.

 Ł – jak łódź. Byłem w latach czterdziestych właścicielem ścigacza Isotta Frascini, ale tylko przez 24 godziny. Kupiłem go od radzieckiego sierżanta za litr spirytusu. Niestety następnego dnia sierżant przyszedł i zarekwirował mi moją Isottę Frascini. Zapłaty nie zwrócił…

 M – jak matka. Z mamą nie lubiliśmy się. Zresztą kiedy mieliśmy się polubić, skoro całymi miesiącami mieszkała w Wenecji. Mnie wychowywały nianie, bony.

 N – jak Neryngowo, majątek moich rodziców pod Wrześnią. Miejscowość tę kojarzę z końmi. Kiedy miałem 4 lata dostałem konia- kasztankę z gwiazdką. Kiedy miałem 5 lat, to już dobrze sobie radziłem w siodle.

 O- jak ojciec. Kochałem go bardzo, był 20 lat starszy od matki. Był ekonomistą i trzynastym polskim doktorem ekonomii, który w rządzie Grabskiego odpowiadał za politykę dewizową. Ale najpierw był niemieckim żołnierzem w stopniu podporucznika. W czasie powstania wielkopolskiego przeszedł na stronę Polaków (oficerów po polskiej stronie było niewielu). Później brał udział w powstaniu warszawskim. Służbę zakończył w stopniu podpułkownika. Kochał Polskę, sztukę i ekonomię.

 P- jak pierwsza dziewczyna, traf chce- Izabela. Byłem wtedy w pierwszej lub drugiej klasie szkoły powszechnej. To była Prywatna szkoła p.w. św. Teresy w Poznaniu.

 R – jak Roger. Mój ojciec był człowiekiem o szerokich horyzontach. Kochał, jak mówiłem, sztukę. Fascynowała go rzeźba- był znawcą i miłośnikiem twórczości Benvenuto Celliniego, włoskiego rzeźbiarza i złotnika. Miałem nosić po nim imię, lecz zaprzyjaźniony z ojcem ksiądz miał inne preferencje w sprawie imion. Ku zdumieniu wszystkich ochrzcił mnie imionami Roger Benvenuto Maria. Mój młodszy brat również nosi oryginalny zestaw imion Winston Ronald Randolf. Moja matka nie wytrzymała tego niezwykłego podejścia ojca do imion ich potomstwa i najmłodszemu dziecku kazała nadać imiona Andrzej Stefan.

 S- jak szkoła gwizdania. Mój dziadek Wojciech założył pierwszą w Poznaniu szkołę śpiewu i gwizdania dla kanarków. Była znana ze swej skuteczności, dlatego oddawali do niej na naukę swe kanarki liczący się hodowcy- od Warszawy po Berlin.

 T- jak Tibilisi, zachwycające miasto nad Kurą. Zamykam oczy i widzę tę cudowną lekkość architektury Wschodu. Podziwiałem je wielokrotnie. Na południowym, stromym brzegu rzeki wybudowano przepiękne pałacyki. Gruzja, piękne góry, stara gruzińska droga wojenna, piękne kobiety, herbaciane pola, dobre wino. Do dziś czuję smak gruzińskich win, do dziś we wspomnieniach palę czarne, gruzińskie papierosy.

 U -  jak urlop. Całe moje życie to praca i przerwa tj. urlop. A jak urlop, to koniecznie wyjazd za granicę. Dużo podróżowaliśmy, zwiedzaliśmy. I teraz o te wspomnienia, kolory, widoki, porównania, bogatsze są moje myśli.

 W- jak Wróbelek, moja druga żona. Wprawdzie jej imię zaczyna się zupełnie inną literą, ale nie używam go. Jest kobietą, której zawdzięczam drugie życie. Jest ze mną, choć przy moim charakterze nie jest to takie łatwe. Dlaczego Wróbelek? Jest bowiem powszechnie występujący (jak żony obok mężów), ruchliwy i nieco hałaśliwy ( jak żony w towarzystwie mężów). Czy wyobrażacie sobie życie bez ich ćwierkającej obecności? Ja, mimo mojej „literackiej” wyobraźni, tego nie potrafię.

 Z – jak zazdrość. Mówię, że nie jestem, ale ściśle rzecz ujmując- nie okazuję.

 

 

in Ludzie
21. 10. 31
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Czy to w notesie, czy to w telefonie, mam coraz więcej kontaktów, z którymi połączenie jest już wykluczone. Są wśród nich starsi i młodsi ode mnie, pokonani przez covid lub inną chorobę, czy wiek, ci, którzy wyjechali i nie zamierzają wracać, dziś odlegli emocjonalnie, choć kiedyś sobie tego nie potrafiłam wyobrazić. Różni. Do niektórych mam pretensję, że już nie porozmawiamy, innych nie zapytam, nie pośmiejemy się razem, nie pożartujemy serdecznie, choć czasem uszczypliwie, nie popolitykujemy, bo sobie poszli do Edenu. Inni są tak daleko, że ani się dowołać. Ani nawet napisać nie ma o czym, a zwłaszcza po co. Zostawili mi wspomnienia żywe i realne obrazy pod powiekami. Są tacy, których chciałam zapytać o sprawy ważne dla mnie i takie, których nie umiem sama sobie wytłumaczyć. I choć powinnam „odpuścić” pytania, to jakoś nie potrafię. Pewno to małość blondynki przeze mnie przemawia. Cóż, trudno. Często jest tak, że z rodziną się rozmawia opornie, a nierodzina wesprze, podpowie, pomoże. Wspominają mi się moi drodzy nieobecni często, a nie tylko w listopadzie. Szkoda, że już nie pójdę z moją Martuśką zbierać ziół na zielniki i nie upleciemy sobie wianków z mleczy lub dziurawca i nie będziemy się śmiać do rozpuku na widok zdumionych min osób, które nas mijały. Żal mi, że nie pojadę na herbatkę do Janeczki i Rogera i nie będziemy politykować dziwiąc się skąd się biorą ludzie, którzy nie myślą i nie wybierają tak jak my. I, że już nie „wykąpię” się w zapachu ich kipiącego od dojrzałych brzoskwiń sadu. Nie będę też, już nigdy, obiektem fotografii mojego tatusia. I nie pojadę z nim w Bieszczady, w których znał każdą mysią dziurę. Nie spotkam się z Marcinem, nie pośmiejemy się i nie pogadamy o „starych karabinach”. Nie pogwarzę ze stryjkiem Jankiem, rodzinnym donżuanem, ważnym marynarzem na statkach handlowych, od którego dostałam maleńkie, japońskie perfumy Sakura o boskim zapachu. Nie pogadam w Baranowie Sandomierskim pachnącym suszonymi liśćmi tytoniu, bo nie mam z kim z tamtego czasu, a i nawet liści tytoniowych nie ma. Nie pójdę na lekcję angielskiego do pani Kawowej, która- gdybym ośmieliła się nie umieć- natychmiast doniesie komu trzeba. Ani nie zapytam się pani Mataszewskiej o zawiłości gramatyczne, ani nawet o prostsze zagadnienia polszczyzny. Nie siądę z Waldkiem do brydża i nie będę słuchać, że jestem tylko ciut lepsza od stolika, choć tasuję już przyzwoicie. Nie spotkam się z Marysią, która jak zwykle zapyta: Jak żyjesz, Ulka? Nie pójdę z Danusią, Laurą, Olenką, Jurkiem, Sianiem, Jackiem na kawkę, bo wybrali życie za wielką wodą i raczej nie powrócą, a i ja się za tę wodę nie wybieram. Nie spotkam się już z Pawłem i nie zapytam go różne sprawy z zakresu zdrowia własnego czy tak ogólnie o tym, co jeszcze w NFZ wymyślą dla „ułatwienia” nam pracy. Nie pójdę na karty, do pani Barowej, która mnie, młodej (kiedyś) mężatce, zawsze mówiła: „Karta świetnie pani stoi, mąż kocha panią na zabój”. Po jej odejściu mogłam wybrać sobie jakąś pamiątkę po niej. Wybrałam słomkowy, haftowany kapelusz i małe, kościane puzderko na biżuterię. Zawsze będą mi tę drobną, przemiłą panią, którą los ze Stryja rzucił do Strzyżowa, przypominać. Mogłabym na moje nitki pamięci długo nizać te korale z osób, z którymi los mnie zetknął. Każdy ma swoje tego typu korale. Myślę, że szczęśliwy ten, czyje korale spore i wyraziste w kolorze. Bo według mnie oznacza to, że w życiu był z ludźmi. Bycie samotną wyspą, czy samotną żaglówką na oceanie życia, to smutny los. Bo, żeby nie wiem jakie mieć bogactwo, gdy nie możemy przejrzeć się w oczach innych ludzi, nim podzielić, celebrować wspólnie, radość z życia jest mała. Jeśli w ogóle jest.

 

in Fraszki
21. 10. 20
posted by: Andrzej Curyło

Jakaż być może radość ze spadku,

gdy otrzymujesz spadek po dziadku.

Analizujesz, wzruszasz się czule,

przez większość życia dziadek był żulem.

Zerkasz w dokument i wszystko proste:

w spadku po dziadku miejsce pod mostem!

in Fraszki
21. 10. 13
posted by: Andrzej Curyło

Człek nie czuje się radośnie,

gdy nie to, co trzeba rośnie.

in Fraszki
21. 10. 13
posted by: Andrzej Curyło

Sam mózg to za mało,

rozumu by się zdało.

in Ludzie
21. 10. 09
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Październik, oprócz bycia znanym jako miesiąc oszczędzania, jest również miesiącem związanym z nauczycielami. Spodziewam się, że z tego powodu spłyną na tę grupę zawodową liczne, ciepłe słowa, wszelkie możliwe obietnice, ktoś dostanie list gratulacyjny, komuś dostanie się nagroda pieniężna, zwykle budząca kontrowersje u osób nieobdarowanych. A ja chcę zwrócić Waszą uwagę na tych nauczycieli, którzy w naszym życiu odgrywają rolę znacząco wychodzącą ponad ramy szkoły. I tak sobie myślę, że dobrze byłoby złożyć hołd osobie, która nauczyła Cię bezinteresowności, czy to w ramach nieodpłatnych zajęć, czy relacji z innymi. Ciekawym byłoby poszukać we własnej przeszłości swojego nauczyciela dokładności, może być w pracy rzetelnej, a może być i po niej. Interesuje mnie też czy macie własnego nauczyciela punktualności? I ciekawe, gdzie ta punktualność się w nas mieści? Czy w szacunku do siebie czy do innych? Mam szczęście mieć swojego własnego nauczyciela indywidualizacji i nie generalizowania. To wielka umiejętność mieć dla każdego jego indywidualną miarę. Wciąż ćwiczę w sobie tę cechę i, obawiam się, że do perfekcji w tym zakresie, wciąż mi daleko. A czy mieliście farta, by mieć własnego nauczyciela ciekawości świata? Ja miałam. I stąd wciąż mi mało tego, co zdarzyło mi się widzieć i czym zdarzyło mi się zachwycać. A nauczyciel cierpliwości Wam się trafił? Bo jeśli nie, to w życiu bez treningu cierpliwości bywa trudno. A  na przykład nauczyciel uprzejmości zagościł w Waszym życiu? Zdarzyła mi się taka rozmowa z młodym człowiekiem, a dokładnie z przedszkolakiem. Ma on o  kilka lat starszego brata, bardzo miłego chłopaczka. Zapytałam, czy chciałby być jak jego starszy brat, a brzdąc odparł: Nieee! Bo jego ludzie PRZEZYWAJĄ uprzejmy. Śmiałam się z tego dłuższy czas. Pomyślałam jednakże, że obecnie uprzejmość stała się synonimem słabości. Szkoda, bo to cecha, która mogłaby w codziennym życiu wiele ułatwić. Spytam także czy mieliście zaszczyt mieć nauczyciela ambicji, takiego co to dmucha w skrzydła, by lecieć ponad przeciętność, a nie tylko zauważa potknięcia i krytykuje. A może szczęściem się  taki trafił, co pokazał Wam jak to jest być życzliwym i zainteresowanym drugim człowiekiem, takiego nauczyciela życia spotkaliście? Albo takiego co staje w poprzek plotce, obmowie i donoszeniu? Uczył Was ktoś takiej postawy? Nauczyciela lojalności, delikatności w słowie i czynie mieliście? Gdy słyszę słowa” ja jestem szczera/y do bólu” myślę zaraz, że to żadna szczerość, ale pastwienie się. Ciekawe, czy Czytelnik szczery do bólu, umiałby przełożonemu, czy osobie, od której zależy dobrostan kogoś mu bliskiego, powiedzieć co o nim myśli lub wygarnąć zalegające na wątrobie pretensje? Albo sam chciałby osobami szczerymi do bólu być otoczonym?

Rzecz jasna, nie ma wśród nas chodzących doskonałości, nie ma kryształowych charakterów, bo ludźmi jesteśmy. A skoro ułomność jest człowiekowi przypisana, warto pomyśleć sobie  o wdzięczności za każdy przejaw tych anielskich cech. Gdy łapiemy się na chwilach wdzięczności za nie, umiejmy podziękować. Nawet jeśli ci, którym się te słowa należą, od dawna balują w niebie.

 

in Ludzie
21. 05. 16
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Pamiętam ogromne wrażenie jakie zrobił na mnie pierwszy kontakt z kwiecistą polszczyzną Brunona Schulza ze, jakżeby inaczej, „Sklepami cynamonowymi”. Zachwycałam się mnogością określeń na, najbanalniejsze nawet, przedmioty czy rośliny. Ten niezwykły i barwny język, porównałabym do muskania klejnotów, podziwiania blasku złota czy przymierzania bezcennej biżuterii. Taki bogaty styl zrobił na mnie kolosalne wrażenie i w żadnym wypadku nie widziałam w nim, nie specjalnie lubianej przeze mnie, przesady.

Oczywiście rozumiem, że nie każdemu musi podobać się ta sama literatura. Uważam jednak, że powinna się nam podobać poprawna i piękna polszczyzna. Bo nasz język to prawdziwie wspólny, narodowy (ach, jak mi żal, że tak to słowo wyświechtano) skarb. Niestety, z rzadka zdarza mi się spotykać osoby, których wypowiedzi słucha się z przyjemnością. Pomijam najczęstszą, fatalną emisję i dykcję, nagminne: zrobiom, wezmom, chcom, z tym agresywnym zaciskaniem ust, co tak właśnie paskudnie brzmi. Zaciskanie ust i zębów skutkuje także małą przestrzenią dla języka, zatem wszystkie głoski szumiące zyskują niewłaściwą barwę, a sam głos staje się irytująco nosowy. Wypowiedzi są często pozbawione zasady mówienia myślami, frazami czy zdaniami, w tempie niczym z końcówki reklamy, a także nasycone anglicyzmami, bo to bardziej europejsko brzmi. Ale nad tym wszystkim da się popracować i poprawić. Niestety, czarno widzę treść wypowiedzi. Ale od początku. Gdy pytam w gabinecie dziecko powiedzmy 7-9-cio letnie np. jaka jest twoja rodzina? W odpowiedzi najczęściej słyszę: fajna, ok, spoko. Nie ma rozwiniętego zdania, nie ma przymiotników – sympatyczna, pracowita, wesoła, liczna, spokojna... Gdy pytam młodsze dziecko powiedzmy o kolor, to w odpowiedzi słyszę ich nazwy po angielsku, bo takie dziwactwa jak bladożółty, rozbielony pomarańczowy lub nasycony zielony, to nawet nastoletniej dziewczynie się nie zdarzają. Pytanie choćby o orientację w schemacie własnego ciała czy przestrzeni to już całkowita porażka- no za tym, no tam, no takie. Nie ma : wewnątrz, zza, spoza, czy bardziej skomplikowane: np. ponad, lecz lekko z lewej. Zastanawiałam się skąd się to zjawisko bierze? I wreszcie wiem. Bierze się z bycia obok. Nie ma wspólnych zakupów, bo co się da, kupuje się w internecie i dziecko, jeśli w ogóle dopuszcza się je do decyzji, decyduje wyłącznie patrząc, nie zna nazwy, bo po co? Nie słyszy jej. Bo w jakich okolicznościach? Wspólne posiłki? Raczej wspólne siedzenie przy grillu czy jedzenie pizzy zamówionej na dowóz. Wspólne czytanie? Chyba jak nawigacji wysiądzie głos. Pisanie, choćby sms-ów, wykluczone, przecież można go podyktować. Drugi rok zdalnego nauczania i co czytam? Że są dzieci, które zapomniały jak się trzyma w ręku ołówek czy długopis. Podobno zdarzyło się, że dziecko zapomniało jak się odręcznie pisze..

A wracając do moich skojarzeń z biżuterią. Czemu ja się dziwię, skoro sami jubilerzy mówią, że teraz w biżuterii złotej czy srebrnej najmniej jest szlachetnego kruszcu. Co się da pogrubić, nadmuchać, żeby robiło wrażenie bogactwa, to tak się robi. Laboratoryjnie wytwarza się wszelkie „kamienie szlachetne”. Zatem czemu ten proces pauperyzacji miałby ominąć coś tak delikatnego jak język...

 

in Fraszki
21. 04. 19
posted by: Andrzej Curyło

Większy brzuch,

twarz jak chomika.

I to wcale nie chce znikać.

Trudniej chodzić z wielkim zadem.

Stajemy się baobabem.

21. 03. 15
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

 Nie jest moim zamysłem opisywać pobyt w Izraelu dzień po dniu. I tak, kto nie był, ten nie zrozumie jakie uczucia towarzyszą na tej ziemi pielgrzymom, jak ptaki przelotne. Takim nam, w tych kwietniowo - majowych dniach. Wydaje się, że wiele osób obejrzało zdjęcia na stronie parafii. I wiem, że sporo osób zrobiło to, nim ci, którzy byli z nami w Ziemi Świętej, zerknęli na nie i w zaciszu duszy powiedzieli sobie: ja tam byłam? Boże mój, nie pamiętam zupełnie…
Ksiądz doktor Piotr Łabuda, nasz przewodnik, zapomniał bowiem każdego dnia zaplanować „krótki odpoczynek” . Można było wybrać odpoczywanie, gdy jechaliśmy autobusem. Było to jednakże zadanie niewykonalne, bo ten przewodnik cały czas opowiadał, zresztą fascynująco i szkoda było czasu na spanie. Konkludując - z pewnością nie była to wyprawa dla osób bez kondycji.
Pierwszego wieczoru w Betlejem powiedziałam do moich współspaczek Ewki i Hani, że mam wrażenie, że jestem tu już 2 tygodnie. Taka była mnogość kolorów, kształtów, zapachów, dźwięków i wszelakich wrażeń, które w normalnym życiu dzieją się i docierają do mnie właśnie przez czas około dwóch tygodnie.
Oczywiście zasłoną milczenia okrywam specyficzne poczucie porządku które nie rzadko obserwowaliśmy na ulicach…Nasi komunalnicy mieliby tam co robić do końca świata i trzy dni dłużej.
W pierwszych dniach po przyjeździe Bóg szczególnie nam błogosławił, a przynajmniej tak nam powiedziano. Padało. O tej porze roku takie zjawiska atmosferyczne, to dla kraju importującego wodę prawdziwa gwiazdka z nieba. Z tym, że my, nastawieni na inne temperatury i doznania pogodowe, mieliśmy w tym względzie zdanie odrębne i dokładnie odwrotne.
Pierwszy okruch pielgrzymkowego tortu, czy może bardziej zrozumienie jakiegoś jego składnika, to winnice Cremissan. Patrzymy ze wzgórza, z ogrodu domu zakonu salezjanów na monstrualny mur odgradzający Betlejem od Jerozolimy, jesteśmy terytorialne w Judei w sercu konfliktu izraelsko- palestyńskiego. Tu ksiądz przewodnik czyta o pasterzu, który zostawia stado, by ruszyć na poszukiwanie jednej owcy. Gdy słuchałam tego czytania zawsze zastanawiał mnie brak rozsądku pasterza. I tam, wśród winnic i ogrodów oliwnych Cremissan zobaczyłam i zrozumiałam, że pasterz mógł spokojnie ruszyć w dół zbocza na poszukiwania owcy, bo wyjście było tylko jedno, na dnie doliny i stado chcąc ją opuścić musiałoby koło niego przejść.
Kolejny okruch tortu tkwiący serdecznie w mojej pamięci to Góra Tabor, gdzieś niedaleko Nazaretu wznosząca się nad Doliną Ezdrelon. Parkujemy i -szczęście nas nie opuszcza- szybko przesiadamy się do busów, a one w szaleńczym pędzie wywożą nas na szczyt (wąziusieńkimi jezdniami bardziej dla połowy samochodu, niż dla całego ), serpentynami najbardziej krętymi, jakie można sobie wyobrazić. Po drodze mijamy tych pielgrzymów, którzy postanowili odrzucić dobrodziejstwa cywilizacji albo mając może więcej czasu, czy też mniej szekli, poszli śladami apostołów pieszo. Ze szczytu rozpościera się zachwycający widok na Galileę. Tak pięknie musiało być w raju. Różne odcienie zieleni- od srebrzystej zieleni drzew oliwkowych, przez głęboką zieleń lasów na wzgórzach i zielone kity palm daktylowych, rosnących w żołnierskim porządku całymi pułkami, pola uprawne we wszystkich barwach i nasyceniach brązu, niebo błękitne jak na reklamach wczasów na Bali, a dalej rzeka Jordan wpływająca do Morza Martwego.
Jordan, jak to dumnie brzmi. Jaka to wielka musiała być rzeka, skoro Pan Jezus został w niej ochrzczony. A teraz to zaledwie potok, jak nasza strzyżowska Stobnica w suchym roku. Zostaliśmy zawiezieni do Kassar- al- Yahud, miejsca tradycyjnie uznawanego za miejsce chrztu Jezusa. Jordan został tam spiętrzony, ogrodzone miejsca po schodkach, gdzie do dziś wierni kościołów etiopskiego, syryjskiego czy koptyjskiego odnawiają chrzest. Ale nie sam obrzęd był dla nas niezwykły, ale gigantyczne sumy, które łagodnie podpływały do naszych nóg które zanurzaliśmy w wodach tej rzeki. Ryby łasiły się do nas jak domowe koty. Niesamowite odczucie.
I trzeci, czy już sama nie wiem który bardziej istotny, okruch naszego pielgrzymkowego tortu - Qumran, zwoje i esseńczycy, a wszystko z przepięknymi górami pełnymi grot i urwisk. U stóp  leżało Morze Martwe, zasnute słonymi ni to oparami, czy raczej mgiełką. Na drugim jego brzegu znajduje się Jordania, która musi poczekać na następny raz…
I upał taki jak lubię i sok ze świeżych pomarańczy i grejpfrutów. Z lodem. Pycha.
A historia z odnalezionymi zwojami jest szczególnie bliska naszemu przewodnikowi, napisał o niej książkę, wie na ten temat tak dużo, że widać iż w Qumran czuje się jak w domu.
I kolejny okruch to rejs po Jeziorze Galilejskim i nieudane próby złowienia ryby świętego Piotra. Płyniemy łodzią będącą powiększoną rekonstrukcją łodzi z czasów Chrystusa i patrzymy na te wzgórza, które od wiek wieków są niezmienne, spoglądamy na Kafarnaum i na jordański drugi brzeg. A potem jemy lunch w dobrej restauracji- oczywiście rybę świętego Piotra. I już nas nie dziwi dlaczego ta ryba miała pieniążek w pysku.
Ach, z tymi okruchami jest już tak, że jak się wydaje, że już wszystkie co apetyczniejsze pozjadane, odkrywają się następne.
Wiele wzruszeń takich najbardziej osobistych nas tam spotkało i wiele modlitw zostało wypowiedzianych i wymodlonych na tej Świętej Ziemi, ale o tym nic nie powiem, bo tylko przeżycie takich wzruszeń pozwoli zrozumieć słowa. Osoby, które były w tych dniach na naszej pielgrzymce moje zdanie potwierdzą.
I w zasadzie dobrze się stało, że nasz wyjazd opóźnił się tak znacznie i przez 20 godzin koczowaliśmy na lotnisku Ben Gubiona w Tel Avivie, bo mieliśmy czas się zintegrować, porobić plany na kolejne wyjazdy, przekonać się, że jesteśmy fajnymi ludźmi i że warto było, że warto jest i że warto będzie…

in Fraszki
21. 03. 04
posted by: Andrzej Curyło

Wałęsa by puścił

takiego O******

nie w samych skarpetach,

ale w samych majtkach.