26. 08. 28
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Taka mi się dziś refleksja nasunęła: jak daleko wejdzie w nasze życie sztuczna inteligencja? Architekci wnętrz i ogrodów- precz! Aplikacja wie lepiej, a z całą pewnością bardziej kolorowo. Tłumaczom już pracę odebrała. Lektorom także. Po co się męczyć nad słówkami, idiomami i wymową, skoro zwykła aplikacja zrobi to za nas bez wysiłku? Naukowcy, czy pseudonaukowcy, bezrefleksyjnie podpierają się nią w „swych” badaniach. Psychologowie i wszelacy lekarze dusz- na pozycji straconej, bo najpierw jest pytanie do osobistego AI (jak słyszę, nazywanego też:AL!!!). Logopedzi? A po co? Albo: jeszcze ma czas, ma tak po rodzinie męża, albo AI jeszcze nie rekomenduje kontaktu... Zawód fotografa, niczym zawód ginący, podobnie jak telefonistka, czy zecer. Po co dbać o siebie, swoje zdrowie i wygląd, skoro w mediach wszystko można skorygować i upiększyć. Z ostatnich wyborów pamiętam zdjęcie kandydatki znanej mi od lat, której na fotografii nie dało się rozpoznać. Ludzie puszą się na fejsbuczkach i w instastorach ( przepraszam za zaśmiecanie języka) co „zaliczyli”. Nie zwiedzili, przeżyli, doświadczyli, ale zaliczyli!! A ja po prąd- na zdjęciu podkastu mam fotkę ze zmarszczkami, wyobraź sobie! Nasze rodzinne wyjazdy, podróże wszelkie, to nasze przeżywanie świata. Jesteśmy ginącym gatunkiem rodziny czytającej książki, chodzącej do teatrów i na wystawy. Mój mąż całkowicie i absolutnie odrzuca wszelkie przejawy technicyzacji, co nie znaczy, ze we wszystkim wymyśla koło.

 

Ja pochwalam takie stanowisko, choć od korzystania z kilku aplikacji wolna nie jestem.

 

Sztuczna inteligencja- kudosy dla niej. Niby za darmo, niby wszystko w pakiecie, niczym w chińskich autach. Myślę, że wszystko do czasu i że, tak jak nie ma darmowych obiadów, tak zapłata za tego rodzaju pomoc przyjdzie i nie będzie ani niska, ani bezbolesna. Nawołuję zatem- używajmy własnej inteligencji, póki sztuczna jej nie zamuliła.

 

 

25. 12. 16
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Zwykle koniec roku budzi w nas melancholijne refleksje, że oto znów jesteśmy o rok starsi oraz, że znów coś dobiega końca, o wiele za szybko. I jak to możliwe, że ten czas tak niepostrzeżenie i mimochodem nas postarza i odziera z nadziei, że starzeją się wszyscy, tylko nie my. Chociaż oswojone, domowe lustra podtrzymują nasze, w tym względzie nadzieje. Robią to prawdopodobnie po znajomości, niestety…Tymczasem, jak mówią zapaleni czytelnicy, nie można rozpocząć kolejnego rozdziału swojego życia, gdy wciąż czytamy ostatni. Czas przejścia, niezależnie czy mowa o ludziach, epokach czy zjawiskach przyrodniczych świętowano od bardzo dawna. Jedne obchody są radosne, inne nie budzą żywszych uczuć, a część jest smutna, zwłaszcza ta, w której chodzi o rozstania.  Grudzień jest takim miesiącem, który ma szczególnie  wiele emocji do zaoferowania.  Od tych religijnych począwszy, poprzez estetyczne u wszystkich, bo także niewierzący mają u siebie urocze dekoracje o klimacie bożonarodzeniowym. Czy, powiedzmy, emocje pogodowe - bo: czekamy na śnieg, a jak klimat z „white Christmas” zawita na początku miesiąca, to martwimy się, że na święta może się trafić plucha. A jak jest biało, to dojeżdżający do pracy, czy do niej chodzący, psioczą na drogowców, co to oczywiście byli do zimy przygotowani. Ale nie do takiej!!! Ten śnieg z końca listopada faktycznie wielu osobom popsuł nerwy i narobił kłopotów. Cóż, jak powiedział klasyk: sorry, taki mamy klimat. Grudzień sprzyja także podsumowaniom, podsumowujemy relacje i jednym stawiamy plusa, innym przypisujemy zero, a bywa, że dla niektórych nawet ostrzegawczej rózgi nie niesiemy.  Podliczamy nasze plany z ubiegłego roku, sprawdzamy ile zamierzeń udało nam się zrealizować, co nie wypaliło, co zrobiliśmy, ale nie wyszło jakoś spektakularnie dobrze, co się udało bardziej niż sądziliśmy, a co trzeba przełożyć na kolejny rok ,czy inną sposobność.

 

A ja sobie myślę, że na przyszły rok muszę zaplanować więcej wdzięczności. Za to, że mogę wieść zwyczajne życie bez nadmiernych dawek adrenaliny. Za zdrowie, które póki co mnie nie zawodzi, bo nawet gdy coś mnie strzyka czy pobolewa i nieśmiało pytam mojego brata- lekarza, co o tym sądzi, on patrzy na mnie z politowaniem i mówi, że to tylko pesel tak boli. Za to, że mogę planować i realizować podróże małe i duże i wciąż się tym cieszyć jak dziecko. Za to że mam grono bliskich mi osób, od lat to samo, bo nawet ja, naiwna bardzo, umiałam odciąć się od toksycznych relacji. Za wciąż trzymający mnie zachwyt nad urodą świata, niezwykłością zwierząt i roślin i wielkością ludzkiego umysłu. Jasne, widzę także ciemne strony życia, ale nie skupiam się na nich, póki jest mi  dane moje zwykłe, nudne i przewidywalne życie. A że czas życzeń w toku, więc od siebie wszystkim Czytelnikom życzę otwartości na zmiany, gotowości na nowe wyzwania, życiowych radości każdego dnia i pokoju w sercu.

                          

 

25. 04. 03
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Miły Czytelniku, ten tekst, który zaraz przeczytasz, „siedział” we mnie od dłuższego czasu. I dojrzałam wreszcie, by myśli przekształcić w litery i przelać je na papier. Otóż, zauważyłam jakiś już czas temu, że coraz mniej jest zwykłych dzieci. I nie mam na myśli zapaści demograficznej, o której od dawna trąbią wszystkie media, ale fakt, że dzieci mają prawo być różne! Z obserwacji moich wynika, że obecnie najlepiej byłoby, żeby każdy maluch przechodził kompleksową diagnozę na progu przedszkola, bądź szkoły. Wówczas z precyzyjnymi rozpoznaniami , kodami, zespołami czy wręcz chorobami, wracałby do grupy czy klasy, z czymś, będącym swoistą instrukcją obsługi danego człowieka. Tak „opracowany” przypadek, przeszkoleni na każdy deficyt terapeuci, będą poddawać różnorakim terapiom. Wcale jeszcze nie tak dawno dziecko miało prawo być ruchliwe, wszędobylskie, rzutkie, ciekawskie, teraz taka osoba ma etykietkę: ADHD. Kiedyś było roztrzepane, teraz ma deficyt uwagi dowolnej. Gdy dziecko było wycofane, nieśmiałe, ciche, strachliwe, przez co z trudnością nawiązywało relacje koleżeńskie, to takie było i kropka. Teraz ma w diagnozie- jeśli jest jej poddane, cechy autyzmu atypowego. Kiedyś były dzieci wybitnie zainteresowane jedną dziedziną czy umiejętnością i mające w tym zakresie wiedzę encyklopedyczną (np. o dinozaurach), albo niezwykły talent językowy, ale dziś diagnoza brzmi: Asperger, albo przynajmniej parę jego mocnych cech. Kiedyś dzieci bawiły się w piasku, czy ziemi ( kto z byłych dzieci czytających te słowa nie gotował zupy z trawy lub nie piekł chleba z błota?) pomagały w lepieniu ciasta, pomagały w drobnych czy cięższych pracach w domu, czy warsztacie, garażu, więc... nie miały zaburzeń integracji sensorycznej. Teraz nie mogą pomagać w pracach z mąką, bo albo ją rozsypią i pobrudzą „wyspę” w kuchni, albo jedzenie produktów mącznych, to gotowy do odgrzania zakup. O garażu czy warsztacie zapomnij. Przecież się skaleczą! A wiem to stąd, że ćwicząc bogacenie słownika czynnego, w oparciu o ilustracje stwierdzam, że dzieci wiedzą co to jest termomix,  stolnica to już nie. Zatem, jak ten rozwijający się mózg ma porządkować otaczającą rzeczywistość, gdy zmysły dostarczające informacje ze świata są ograniczone do wzroku skupionym na treściach gier zawartych w  telefonie czy tablecie . Kiedyś dziecko mające problem z niepłynnością, było dzieckiem jąkającym się, dziś ma zespół pandas. To, które mówiło później niż rówieśnicy, obecnie ma diagnozę o opóźnionym rozwoju mowy czynnej i wskazanie do objęcie go wszelakimi, dostępnymi w placówce, terapiami. I tak mogłabym długo, bo wysłuchuję w gabinecie tych i wielu innych opisów zdarzeń na styku dziecko - instytucja.

 

Ja nie jestem wrogiem terapii. Sama w tej branży pracuję ponad 30 lat. Jestem wrogiem medykalizacji, która problemy niemedyczne definiuje przez kategorie medyczne i wprowadza medyczną interwencję. Zachęcam do demedykalizacji. Czyli? Dla swojego spokoju psychicznego, internet w wychowywaniu dziecka proponuję wykorzystywać wyłącznie do wprowadzania pomysłów do osobistych zabaw z dzieckiem, a nie do- po pierwsze stawiania diagnoz, a po drugie- do wyszukiwania filmików dla maluchów, które mają biernie oglądać. Czas do trzeciego roku życia, to wspaniały okres na rozbudzenie tak mowy jak zainteresowania światem zewnętrznym. I jeszcze jedno, a nawet dwa ważne spostrzeżenia: kolorowanie, kserówki, gry komputerowe to nie są zajęcia rozwijające mowę oraz to, że zajęcia logopedyczne to nie głównie oblizywanie warg i liczenie zębów. Kameleon oblizuje się nawet po czole, ale to nie znaczy, że przygotowuje się do mówienia!

 

 

23. 08. 25
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 Ogórki to europejski wynalazek- z ich orzeźwiających właściwości korzystał i wychwalał je sam Juliusz Cezar, natomiast warzywa te do Ameryki wywiózł w XV wieku Krzysztof Kolumb, zostawiwszy je dla hodowli na Haiti. Smakoszem ogórków był Ludwik XIV, marzył o ich konsumpcji przez cały rok, więc jego służby wymyśliły dla tego warzywa …  szklarnię.           Sezon ogórkowy, to synonim sezonu letniego, wakacyjnego, kiedy zwalnia tempo życia, ludzie urlopują się - jedni pod gruszą, inni na wczasach, a kolejni na działkach, w ogródkach, w kuchniach - robiąc przetwory. Na rzeczone ogórki jest mnóstwo przepisów, w które zaangażowane są ingrediencje wszelakie, i kwaśne i słodkie i ostre. Same bezkonkurencyjne kiszone robione są na dziesiątki sposobów. Ale nie o przepisach chcę się dziś wypowiadać, bo kto mnie zna ten wie, że kompletnie się na tym nie znam. U nas przetwory robi mój mąż, zresztą on także nam gotuje, a robi to znakomicie. Bieżący sezon ogórkowy ma dla mnie koloryt ciszy przed burzą. Bo jesienią najprawdopodobniej czekają nas wybory, więc spokój, który trwa, jest spokojem pozornym, niczym przed erupcją wulkanu. I muszę powiedzieć, że bardzo boję się tej ciszy szykowania. Bo ja nie lubię w naszym narodzie tego, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. Nie lubię tego, że normą się stało, by dla każdego mieć inną narrację, by niczym baba z magla, rozmówcy przypadkiem nie zrazić, a wyciągnąć jak najwięcej informacji. Nie lubię tego braku wzajemnego zaufania, podkradania pomysłów, obrzucania się pomówieniami. Nie lubię tego, że taki czas wyostrza reakcje, a że nie zawsze słowa, które w ferworze wyborczego wiecowania padają są prawdą, to co? Potem się sprostuje jakimś drobnym druczkiem na ostatniej stronie.                                                                                         Miałam kiedyś epizod pracy w jednej z rzeszowskich szkół, w której dyrekcja ukończyła wyższe studia w zakresie szczucia pracowników na siebie. Była sprytna i dlatego udawało jej się zajmować to stanowisko lat kilka. A grono było tak podzielone, że grobowe milczenie w pokoju nauczycielskim było normą. Do tego małżonek dyrekcji miał wielkie wpływy u osoby, która pozornie nie miała wiele do powiedzenia akurat materii oświatowej, ale de facto pociągała za wiele rzeszowskich sznurków. Kiedy, wskutek różnych okoliczności, prawda o ręcznym sterowaniu naszymi relacjami ujawniła się, osobom uczestniczącym w owych „tańcach”, wygrywanych na nutę dyrekcji, nagle, jakby łuski spadły z oczu. Zobaczyliśmy w sobie to, co przeróżne szeptane pomówienia nam zasłaniały. Że jesteśmy profesjonalni w tym co robimy, że potrafimy współdziałać i bez utarczek dążyć do celu, że każdy ma wprawdzie jakieś mankamenty i wady, ale one nie powinny nam przesłaniać dobra w danej osobie. Zobaczyliśmy partnerów do współpracy.

 

I mam takie marzenie, żeby w sezonie ogórkowym zacząć patrzeć na drugiego człowieka wzrokiem nie przepojonym oparami politycznych resentymentów. Może chociaż niektórym się uda.

 

23. 07. 23
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Lubię pełnię. Nie tylko dlatego, że księżyc nie przeszkadza mi we śnie, ale dlatego, że w tym czasie zwykle dzieje się u mnie coś interesującego. Albo wydarzenie, albo jakieś wyjście, albo wyjazd, albo niezwykłe spotkanie... A tym razem było wszystko naraz. 6 maja, a więc dobę po Kwiatowym Księżycu, w Domu Dobrostanu i Relaksu, w Setorii, czyli u Asi i Tomka Chmielewskich w Oparówce, spotkało się kilkanaście osób, którym ekologia, życie w zgodzie z sobą, innymi, naturą, jest bliskim i oczywistym wyborem. Na podwórku przed ich domem stał stół, nad nim napis „Restauracja Przewodu Pokarmowego”. I faktycznie, mowa była o restauracji, jako o przywróceniu nas naturze, czy zwróceniu się do natury, ale także był czas na zaskoczenia kulinarne nazywane „niebem w gębie”. To spotkanie było bardzo bliskie ziemi i jednocześnie kosmicznie odległe od tego, co na ogół jemy. Kilkanaście osób dało się porwać prowadzącej warsztaty (czy event albo doświadczenie kulinarne), Donyi Land Fóód &More - Polki, od wielu lat mieszkającej w Nowym Jorku. Uczestniczki przyjechały nie tylko z naszych okolic. Oprócz osób z naszego powiatu – Bogusi, Asi i mnie, była mieszkanka Mogielnicy, choć kto ją zna wie, że tylko tam śpi, bo jest stąd i pracuje także w naszym mieście. Były mieszkanki Uherzec Mineralnych, okolic Beskidu Niskiego, Stalowej Woli, Warszawy, Piaseczna- choć to też Strzyżowianka, a nawet Suwałk. Dla wszystkich wspólnymi znajomymi byli Asia i Tomek, lecz szybko nawiązała się między nami, dopiero poznanymi osobami, dobra komitywa. Prowadząca Donya z łatwością skupiła naszą uwagę na swym malarsko - artystycznym postrzeganiu konsumpcji. Nieśpiesznie przechadzała się słowem po skojarzeniach i konkretach dotyczących swych preferencji kulinarnych. Opowiadała o roślinach, o ich przygotowaniu na talerz, z łatwością komponowała nasze wyobrażenia w tym zakresie. Nie trzymała się sztywno żadnego przepisu- jak wytrawny artysta aranżowała dla nas ucztę wszystkich zmysłów. Przekonująco zachęcała, by pić ciepłe napoje, na które z łatwością daliśmy się skusić. Po aromatycznym naparze z trawy cytrynowej (i kwiatów, ale nie zapamiętałam jakich) i drugim z pokrzywy i także jakichś kwiatów, udaliśmy się do ogródka sąsiadki, Kazi, która pozwoliła nam częstować się swymi ogródkowymi uprawami- kwiatami judaszowca, pigwowca, kłokoczki, stokrotkami, magnoliami, pierwiosnkami, liśćmi funkii, lubczyku i wieloma innymi, zaskakującymi walorami konsumpcyjnymi, roślinami. Następnie wróciliśmy do stołu, by delektować się zupą z pokrzyw i żurku z własną dekoracją. Ja, oprócz kwiatów wrzuciłam do zupy garść pastorałów paproci wraz z kwiatami kłokoczki – wyglądała pięknie, smakowała wybornie. W ogóle, cała ta przygoda kulinarna niezwykle mnie poruszyła. Nie spodziewałam się, że ja, którą z każdego towarzystwa skutecznie przepędzają dyskusje dotyczące przepisów na ciasta, przetwory czy potrawy, wezmę udział w takim spotkaniu i będę miała z tego przyjemność. Dla mnie „system rozwaliła” przekąska -  kieliszek kabaczkowy z masą daktylowo - musztardową, zwieńczony orzeszkiem macadamia i udekorowany listkiem bazylii. Nie przychodzi mi do głowy żadne określenie poza: niebiański smak, kęs ambrozji, poezja kulinarna...no już sama nie wiem jak ją nazwać. Mimo pogody zamówionej u właściwych person,niż o obcobrzmiącym imieniu próbował zepsuć nasze popołudnie. Bezskutecznie. Stół został przeniesiony pod zadaszoną wiatę, a ognisko, mimo deszczu, nie przygasało. Trochę słuchaliśmy siebie wzajemnie, trochę jedliśmy, trochę wsłuchiwaliśmy się w deszcz, trochę zastanawialiśmy się czy to wabią się żabki, czy jednak turkucie podjadki się nawołują. Przestawało padać. Księżyc w pełni, otulony chmurami zaglądał do nas ciekawie.Nawet gwiazdy się pokazały. Donya zaprosiła nas na kolejne degustacje past, warzyw, musów, sosów, posypek, ucierek...Było też magiczne kakao, warzone długo, z ingrediencjami tajemnymi i odtajnianymi ciekawym oraz desery marchewkowe i z nutą amerykańską.

Spotkanie nasze nie mogło się obejść bez czasu relaksacji, w który wprowadziła nas słowem Gospodyni Setorii Joanna. Relaks to obowiązkowa część wizyty na strychu tego domu z duszą. Niezwykle istotna w relaksacji była rola Tomasza, a dokładnie brzmień, które wydobywał z mis tybetańskich, gongów planetarnych, dzwonków Zaphir, kalimby i Happi Drum, które głaskały nasze emocje i tonizowały poglądy, pozwalały uporządkować swoje przeżycia i obserwacje. Nie jest łatwo poskromić nasze myśli nawykłe do ciągłego pośpiechu i biegania na skróty. Relaksacja skutecznie tego uczy, choć po sobie wiem, że wciąż jestem na samym początku tej umiejętności. Mam bowiem tę niezwykłą przyjemność, że co tydzień goszczę w Setorii, spotykając się z osobami, dla których ważna jest nauka bycia z sobą, z innymi, w dobrze i w pokoju. I relaksacja, choć kończy nasze spotkania, zaczyna otwierać nas na poznawanie siebie, co jak wiadomo warto robić zawsze i w każdych okolicznościach.

 

  

 

22. 08. 27
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

Niedawno wpadł mi w ręce tekst o kobietach w czasie post patriarchatu. Myślałam o tym, czy faktycznie nasze wybory i decyzje są głównie wynikiem schematów, w których funkcjonujemy? Nie jestem specjalnie przesądna (wyjątkiem jest postawienie torebki na podłodze ;-) ), ale od dzieciństwa mam wdrukowane w pamięć przeświadczenie, że w Wigilię, dla szczęścia i dobrobytu rodziny, pierwszym odwiedzającym dany dom musiał być mężczyzna. Znacznie później dowiedziałam się o takim przesądzie, że podczas ślubu należy sukienkę panny młodej położyć tak, żeby pod nią był kawałek buta pana młodego, co miało dawać gwarancję, że wybranek na pewno będzie siedział po ślubie pod pantoflem. Moja suknia była inna od innych- asymetryczna (lata 80-te ubiegłego wieku, przypomnę dla porządku), zatem, musiałabym się w kościele z niej.. rozebrać, żeby coś na tego buta Andrzejowego zarzucić. No i jeszcze taka „mądrość ludowa”, że jak kobieta w ciąży „traci” urodę, to na córkę. No bo pięknieje się wyłącznie na syna! Jak już kiedyś powiedziałam: dla kobiet przewidziana jest społecznie wieczna drugoplanowość. Tekst, o którym wspomniałam na wstępie, także kategoryzował kobiety na współczesne anielice i współczesne ladacznice. Kobieta miała być albo eterycznym bytem, zwiewnym i (zawsze) wiotkim, lub „heroską”, odważną, zdeterminowaną na przeżywanie przygód i radzącą sobie z wszelkimi problemami i przeszkodami. Wiem, że życie nie jest czarno- białe, a i dokonywane przez nas wybory nie są zero- jedynkowe. Zatem takie konstrukcje teoretyczne zupełnie do niego nie przystają. Dzisiejsze kobiety z powodzeniem radzą sobie w wielu dziedzinach, także tych kiedyś zastrzeżonych dla mężczyzn. Wręcz myślę sobie, że niektórym panom bardzo się podoba, że współczesne panie wiele robią za nich. I że już nie koniecznie muszą się sami we wszystkim wykazywać. Kiedyś mój znajomy psycholog powiedział, że obecnie faceci dużo łatwiej  łapią doła, wypalają się zawodowo, są sfrustrowani pędzącą techniką, mają coraz niższe poczucie wartości, krócej żyją, czyli stają się słabszą płcią. Z tym przedostatnim nie polemizujemy, ale te wcześniejsze męskie problemy można próbować zmienić. Pewna, nieżyjąca psycholog, w rozmowie ze mną wyraziła się, że kobiety mają tendencję do „emocjonalnego kastrowania” mężczyzn, bo nie umieją cierpliwie czekać na wykonanie czegoś, tylko domagają się, żeby zrobić to już i natychmiast. A ponieważ nie ma „już i natychmiast”, to robią same. Halo, mężatki, kobiety we wszelkich związkach! Też znacie ten problem z autopsji? Okazuje się, że my, kobiety to żywy przykład na powiedzenie: chcieć to móc. Pewnie, że nie wszystkich pań to dotyczy. Ale gros moich koleżanek ma wiarę, że nie święci garnki lepią i dlatego ja też mogę z powodzeniem swój sukces i obecność w teraźniejszości ulepić. A że lata lecą, to co? W człowieku zmienia się wygląd, ale reszta tylko go bogaci- doświadczenie, wiedza, praktyka są wiele więcej warte niż opakowanie.