Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/filip/domains/loqueris.pl/public_html/libraries/cms/application/cms.php on line 464

Warning: A non-numeric value encountered in /home/filip/domains/loqueris.pl/public_html/templates/as002048free/includes/includes.php on line 80

Warning: A non-numeric value encountered in /home/filip/domains/loqueris.pl/public_html/templates/as002048free/includes/includes.php on line 80
Wszystkie teksty
in Fraszki
21. 04. 19
posted by: Andrzej Curyło

Większy brzuch,

twarz jak chomika.

I to wcale nie chce znikać.

Trudniej chodzić z wielkim zadem.

Stajemy się baobabem.

21. 03. 15
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

 Nie jest moim zamysłem opisywać pobyt w Izraelu dzień po dniu. I tak, kto nie był, ten nie zrozumie jakie uczucia towarzyszą na tej ziemi pielgrzymom, jak ptaki przelotne. Takim nam, w tych kwietniowo - majowych dniach. Wydaje się, że wiele osób obejrzało zdjęcia na stronie parafii. I wiem, że sporo osób zrobiło to, nim ci, którzy byli z nami w Ziemi Świętej, zerknęli na nie i w zaciszu duszy powiedzieli sobie: ja tam byłam? Boże mój, nie pamiętam zupełnie…
Ksiądz doktor Piotr Łabuda, nasz przewodnik, zapomniał bowiem każdego dnia zaplanować „krótki odpoczynek” . Można było wybrać odpoczywanie, gdy jechaliśmy autobusem. Było to jednakże zadanie niewykonalne, bo ten przewodnik cały czas opowiadał, zresztą fascynująco i szkoda było czasu na spanie. Konkludując - z pewnością nie była to wyprawa dla osób bez kondycji.
Pierwszego wieczoru w Betlejem powiedziałam do moich współspaczek Ewki i Hani, że mam wrażenie, że jestem tu już 2 tygodnie. Taka była mnogość kolorów, kształtów, zapachów, dźwięków i wszelakich wrażeń, które w normalnym życiu dzieją się i docierają do mnie właśnie przez czas około dwóch tygodnie.
Oczywiście zasłoną milczenia okrywam specyficzne poczucie porządku które nie rzadko obserwowaliśmy na ulicach…Nasi komunalnicy mieliby tam co robić do końca świata i trzy dni dłużej.
W pierwszych dniach po przyjeździe Bóg szczególnie nam błogosławił, a przynajmniej tak nam powiedziano. Padało. O tej porze roku takie zjawiska atmosferyczne, to dla kraju importującego wodę prawdziwa gwiazdka z nieba. Z tym, że my, nastawieni na inne temperatury i doznania pogodowe, mieliśmy w tym względzie zdanie odrębne i dokładnie odwrotne.
Pierwszy okruch pielgrzymkowego tortu, czy może bardziej zrozumienie jakiegoś jego składnika, to winnice Cremissan. Patrzymy ze wzgórza, z ogrodu domu zakonu salezjanów na monstrualny mur odgradzający Betlejem od Jerozolimy, jesteśmy terytorialne w Judei w sercu konfliktu izraelsko- palestyńskiego. Tu ksiądz przewodnik czyta o pasterzu, który zostawia stado, by ruszyć na poszukiwanie jednej owcy. Gdy słuchałam tego czytania zawsze zastanawiał mnie brak rozsądku pasterza. I tam, wśród winnic i ogrodów oliwnych Cremissan zobaczyłam i zrozumiałam, że pasterz mógł spokojnie ruszyć w dół zbocza na poszukiwania owcy, bo wyjście było tylko jedno, na dnie doliny i stado chcąc ją opuścić musiałoby koło niego przejść.
Kolejny okruch tortu tkwiący serdecznie w mojej pamięci to Góra Tabor, gdzieś niedaleko Nazaretu wznosząca się nad Doliną Ezdrelon. Parkujemy i -szczęście nas nie opuszcza- szybko przesiadamy się do busów, a one w szaleńczym pędzie wywożą nas na szczyt (wąziusieńkimi jezdniami bardziej dla połowy samochodu, niż dla całego ), serpentynami najbardziej krętymi, jakie można sobie wyobrazić. Po drodze mijamy tych pielgrzymów, którzy postanowili odrzucić dobrodziejstwa cywilizacji albo mając może więcej czasu, czy też mniej szekli, poszli śladami apostołów pieszo. Ze szczytu rozpościera się zachwycający widok na Galileę. Tak pięknie musiało być w raju. Różne odcienie zieleni- od srebrzystej zieleni drzew oliwkowych, przez głęboką zieleń lasów na wzgórzach i zielone kity palm daktylowych, rosnących w żołnierskim porządku całymi pułkami, pola uprawne we wszystkich barwach i nasyceniach brązu, niebo błękitne jak na reklamach wczasów na Bali, a dalej rzeka Jordan wpływająca do Morza Martwego.
Jordan, jak to dumnie brzmi. Jaka to wielka musiała być rzeka, skoro Pan Jezus został w niej ochrzczony. A teraz to zaledwie potok, jak nasza strzyżowska Stobnica w suchym roku. Zostaliśmy zawiezieni do Kassar- al- Yahud, miejsca tradycyjnie uznawanego za miejsce chrztu Jezusa. Jordan został tam spiętrzony, ogrodzone miejsca po schodkach, gdzie do dziś wierni kościołów etiopskiego, syryjskiego czy koptyjskiego odnawiają chrzest. Ale nie sam obrzęd był dla nas niezwykły, ale gigantyczne sumy, które łagodnie podpływały do naszych nóg które zanurzaliśmy w wodach tej rzeki. Ryby łasiły się do nas jak domowe koty. Niesamowite odczucie.
I trzeci, czy już sama nie wiem który bardziej istotny, okruch naszego pielgrzymkowego tortu - Qumran, zwoje i esseńczycy, a wszystko z przepięknymi górami pełnymi grot i urwisk. U stóp  leżało Morze Martwe, zasnute słonymi ni to oparami, czy raczej mgiełką. Na drugim jego brzegu znajduje się Jordania, która musi poczekać na następny raz…
I upał taki jak lubię i sok ze świeżych pomarańczy i grejpfrutów. Z lodem. Pycha.
A historia z odnalezionymi zwojami jest szczególnie bliska naszemu przewodnikowi, napisał o niej książkę, wie na ten temat tak dużo, że widać iż w Qumran czuje się jak w domu.
I kolejny okruch to rejs po Jeziorze Galilejskim i nieudane próby złowienia ryby świętego Piotra. Płyniemy łodzią będącą powiększoną rekonstrukcją łodzi z czasów Chrystusa i patrzymy na te wzgórza, które od wiek wieków są niezmienne, spoglądamy na Kafarnaum i na jordański drugi brzeg. A potem jemy lunch w dobrej restauracji- oczywiście rybę świętego Piotra. I już nas nie dziwi dlaczego ta ryba miała pieniążek w pysku.
Ach, z tymi okruchami jest już tak, że jak się wydaje, że już wszystkie co apetyczniejsze pozjadane, odkrywają się następne.
Wiele wzruszeń takich najbardziej osobistych nas tam spotkało i wiele modlitw zostało wypowiedzianych i wymodlonych na tej Świętej Ziemi, ale o tym nic nie powiem, bo tylko przeżycie takich wzruszeń pozwoli zrozumieć słowa. Osoby, które były w tych dniach na naszej pielgrzymce moje zdanie potwierdzą.
I w zasadzie dobrze się stało, że nasz wyjazd opóźnił się tak znacznie i przez 20 godzin koczowaliśmy na lotnisku Ben Gubiona w Tel Avivie, bo mieliśmy czas się zintegrować, porobić plany na kolejne wyjazdy, przekonać się, że jesteśmy fajnymi ludźmi i że warto było, że warto jest i że warto będzie…

in Fraszki
21. 03. 04
posted by: Andrzej Curyło

Wałęsa by puścił

takiego O******

nie w samych skarpetach,

ale w samych majtkach.

in Fraszki
21. 03. 04
posted by: Andrzej Curyło

Nie wódź mnie na pokuszenie,

bo ja puste mam kieszenie.

in Fraszki
21. 03. 04
posted by: Andrzej Curyło

Może on z Pcimia,

może z Szydłowa,

człowiek wolności,

wolności słowa.

in Fraszki
21. 02. 28
posted by: Andrzej Curyło

Rząd PiS-u nie da,

co noc i co dnia,

tego co może

dać Ci Hołownia.

 

 

21. 02. 05
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 To nieformalne święto kociarzy przypada jak co roku 17 lutego. W Polsce pomysłodawcą wprowadzenia święta kotów był felinolog W. Kurkowski. Chciał w ten sposób wypromować akcję wspierania bezdomnych kotów, przez zbieranie dla nich karmy, finansowanie ich kastracji i poprawę ich losu zimą.  Uwagę na los bezpańskich kotów i formalne utworzenie Dnia Kota zawdzięczamy Włoszce, Claudii Angeletti. W 1990 roku, na łamach pisma, w którym pracowała, utworzyła ankietę dotyczącą odpowiedzi na pytanie, jaki miesiąc i dzień wydaje się kociarzom najstosowniejszy dla uczczenia ich pupili. Zwyciężyła argumentacja dotycząca 17-stego dnia lutego. A oto argumenty:

    luty, to wg zodiaku miesiąc Wodnika, znanego z nonkonformistycznego postępowania, uporu, ciekawości świata, dziwnych pasji i wolnego ducha (ja jako Wodnik doskonale o tych przymiotach wiem). A koty, które „uciska” każda reguła, czy przymus, doskonale do opisu Wodnika, pasują,

     liczba 17 w tradycji włoskiej była nosicielem nieszczęść, dokładnie jak kot, którego pojawienie się w tejże tradycji, także symbolizowało nieszczęście,

     zatrważająca renoma 17-stki wynika z anagramu rzymskiej XVII, zmieniającej się w VIXI, co po łacinie oznacza: żyłem, zatem- umarłem. Ale nie dla kota, bowiem

     jak się popularnie mówi, każdy jeden (1) kot ma siedem (7) żyć,

     koty są topowym niezbędnikiem czarownic, a we włoskiej tradycji luty to miesiąc czarownic ;-)

 W polskiej tradycji funkcjonuje mnóstwo powiedzeń związanych z kotem. Zatem musi to być stworzenie dla ludzi ważne, bo inaczej skąd wzięło by się ich aż tyle? Pominę sentencje powszechnie znane, a przypomnę te, które choć celne, nie są zanadto popularne. „Tylko głupiec na każdą mysz ma osobnego kota.” „ U dobrego gospodarza, nawet pies z kotem żyje w zgodzie.” „Trzeba zabić jednego kota, by ocalić tysiące szczurów.” „Kot to tygrys, który je z ręki.” „Mysz chciałaby posiadać to, co do kota należy.” „Kiedy kot odchodzi, mysz wraca.” Wielki miłośnik kotów, Ernest Hemingway, mówił: „Kotom bez trudu udaje się to, co nie jest dane człowiekowi: iść przez życie nie czyniąc hałasu.”

Z serdecznymi pozdrowieniami dla Kociarzy i kotów- szczęśliwa koleżanka kota Yumiego ( i dwóch psów do tego)

in Fraszki
21. 02. 05
posted by: Andrzej Curyło

Gdy nie pijesz piwa,

korzyści jest wiela.

Spada wielkość brzucha,

a wzrasta portfela.

in Fraszki
21. 02. 03
posted by: Andrzej Curyło

Płaszczył się,

przynosił kwiatki,

dzisiaj

pakuje manatki.

in Ludzie
21. 01. 02
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

 

Ponieważ okres świąteczny w okowach Covidu-19 zredukował moją aktywność towarzyską i „okołostołową”, skupiłam się na przeszukiwaniu zasobów internetu w temacie najaktualniejszym, mianowicie szczepionek. Bo to i szczepiona na wszystko co wymagane jestem, a jednocześnie „mam za uszami” nie szczepienie się na grypę. Argumentów Wam nie podam, bo każdy nieszczepiący się swoje, mądre czy głupie, ma. Jednocześnie doskonale widzę, ile gorzkiej  prawdy jest w tekstach polityczno -surrealistycznego bloga, mianowicie w Minimalistycznej Satyrze Ahmeda Goldsteina: „W Polsce to żyją dziwni ludzie. Zeżre taki parówkę z Orlenu, op.....li dzika z włośniem, zapali fajkę z przemytu, wciągnie kreskę od randoma w klubie, otworzy dziwnego linka z wiadomości na fejsie, ale szczepionkom nie ufa, bo NIE WIADOMO CO W NICH JEST.”

Zatem, mili antyszczepionkowcy! Z pełnym respektem dla Waszej niezwykłej dociekliwości zakresie potencjalnych zagrożeń ze strony szczepionki przeciw Covid-19, chciałabym Was zapytać jak kupujecie pieczywo? Żeby było bez zagrożeń... No bo tak sobie myślę, że diabli wiedzą co piekarze (i czy to, w ogóle są certyfikowani piekarze) tam sypią? mogą wapna lub jakiegoś uplastyczniacza zamiast mąki dodawać, albo całkiem nieznanych polepszaczy czy spulchniaczy. Nawet jeśli mąkę dają, to może po taniości kupowana, spleśniała na przykład. A pleśń to udowodniony czynnik ryzyka rozwoju nowotworu. Albo można sobie wymyślić, że mąkę zza wschodniej granicy dronem przerzucają, bez cła i akcyzy, bo wtedy sporo można zaoszczędzić.Wiadomo, Polak oszczędny jest w niektórych aspektach. Jak to wszystko sprawdzić? Jak  prawdę poznać ? Jeśli przy chlebie naszym powszednim jestem, to w ogóle to jak ten chleb jest robiony? Może i jakieś jego badania do sanepidu wysyłają, ale sanepid ma teraz sądne dni, to raczej prozą życia się nie ma kiedy zająć.  Gdy tylko piekarze, czyli maszyna, wyrobią ciasto, to w formy szybciutko pakują i do pieca z nimi. Widział ktoś kiedyś co to za piec, jaka jego marka, kto go testował i co się w tym piecu dzieje? Coraz bardziej podejrzane, prawda? I jeszcze wmawiają ludziom, że taki cieplutki jest najlepszy, żeby tylko szybko sprzedać. Mój dom rodzinny jest koło wagonu pewnej piekarni, to wiem co mówię. My jesteśmy specjalistami w snuciu teorii spiskowych. Wspomnijmy zatem o powszechnie w domach używanych proszkach do pieczenia. Kto mi powie, czy taki kwaśny pirofosforan sodu, Na2H2P2O7 ,to on w przyrodzie występuje, a nie jest składnikiem np. spulchniacza do paszy dla nierogacizny? Jak się na chemii, wiele lat temu, nie uważało, to dziś wiedzy w tej materii brakuje. I trzeba kombinować z teoriami. Może to być, powiedzmy, spisek na polskie mózgi i żołądki, który uknuły wrogie miliarderów firmy. Jakiś Soros czy inny Bezos (ten od Amazona, więc ma czym tu i tam rozwozić), mają może w Polsce (pod przykrywką i na słupa) fabryczki wszelkich świństw. Może jakieś czipy robią, by na zlecenie Trumpa lub jego przyjaciół zaimplementować je w szczepionkach, by nam nakazywać co wybierać bądź na kogo głosować? Wy mnie dobrze zrozumiecie... no nie ma jak sprawdzić czy to wszystko bezpieczne? Kilka lat temu namówiłam Andrzeja, żeby folię kupić, na warzywa u siebie hodowane się przerzucić, ale efektu z dnia na dzień nie masz. Trzeba parę miesięcy na działce siedzieć, sprawdzać jak rośnie, plewić, przerywać, patrzeć czy ślimaki nie  zajrzały z wizytą, czy nornice się nie przyszły pożywić? Zdrowe, własne, więc bez obaw jesz. Bo jak kupujesz w sklepie, to skąd wiesz czy jakimiś g..nami z pestycydami nie nawożą? I co wszczepiają powiedzmy w pomidory, żeby kolor trzymały? Albo w kwestii mięsa: jakimi hormonami choćby drób nafaszerowany, żeby szybko się tuczył? Doradźcie wiedzący więcej Państwo antyszczepionkowcy. Musicie mieć przecież jakieś sposoby. Skoro macie taka rezerwę do szczepionek, to nie wierzę że kupujecie wędliny, słodycze, pieczywo, jarzyny!! Jeździcie motocyklami, autami, autobusami, a kto wie kto to składał czy konstruował? kto wie czy nie wybuchnie? Chodzicie do klimatyzowanych sklepów czy jak można, do restauracji, kawiarni czy biur, a kto wie co w tej klimie jest i czym ją czyszczą ? Skąd atesty mają? A pewno się zdarzy, że bierzecie jakieś leki? To zakładam, że czytaliście ulotkę z wykazem objawów i skutków ubocznych, które mogą wystąpić? Przecież takie leki, to trucizna jest! Zdradźcie Państwo antyszczepionkowcy jak żyjecie, jak to zwykłe życie ogarniacie? Drodzy rodacy, nie bądźcie tacy!!