Czas późnego lata

23. 10. 27
posted by: Urszula Wojnarowska-Curyło

W tym roku nieaktualnym się wydaje szeptane na rozśpiewkach chóru zdanie: Już październik jest za płotem, przeszedł cicho poprzez sad. Trwa wciąż niekalendarzowe lato. Wprawdzie dni jakoś dziwnie się skróciły z wieczora i mgliście ranek się rozkręca, gdy wypijam wczesnoporanną kawę i patrzę z zadowoleniem, jak obwodnicą mkną samochody wtę i wewtę. A u mnie za płotem cichutko, jakbym czekała, aż październik przejdzie bezszelestnie przez nasz ogródek. Lubię późne lato i jesień, mimo że często słyszę, że ten czas tak szybko leci i już rok chyli się ku ostatnim miesiącom. W zasadzie, lubię każdy czas w roku, a że nie jestem meteopatką, to jesienne wietrzyska nie wzbudzają u mnie złego samopoczucia. Lubię czas, w którym intensywniej się pracuje, bo ja lubię pracować i wciąż mi mało tych zawodowych doświadczeń i kontaktów. Lubię jesień, więc bardzo często farbuję się na rudo, a lubię ten kolor od czasów czytanej ze sto razy „Ani z Zielonego Wzgórza”. Lubię październik, bo w tym miesiącu zaczynają się Midasy Stowarzyszenia „Zakorzenieni w kulturze” i znów ci, którym do życia, oprócz chleba i do chleba, potrzeba kropel poezji i gramów muzyki, spotykają się, by się nasycić treściami, tak innymi od codzienności. Lubię jesienny czas, bo można wtedy posłuchać rykowisk i bekowisk, dać się oszołomić szaleństwu kolorów, a nasze Pogórze potrafi swą urodą odebrać dech w piersiach. Te tygodnie, to od kilku lat królowanie w ogrodach dekoracyjnych dyń, a te wiadomo, rude, co już ustaliliśmy, że lubię. Do rudości nijak się mają pajęczyny, ale gdy patrzę na rosę na nich nanizaną, zawsze ogarnia mnie podziw nad misterium przyrody. Zresztą, z tej właśnie przyczyny pająkom, którym zdarza się zajrzeć w gości do naszego domu, zawsze funduję przejażdżkę na zewnątrz na papierku i w szklance. No bo kto mi zrobi te pajęczynowe kriwulki, jak pozabijam wszystkie pająki w mojej okolicy? Mam też przyjemność patrzeć przez okno na dojrzałe grona jarzębiny, którymi codziennie częstują się przylatujące do nas ptaszki. A dzieje się tak do dnia, w którym przylecą kwiczoły i w 10 minut objedzą wszystkie korale. Bywa, że nie pogardzą, rosnącą u stóp jarzębiny, aronią. Ja jej nie obrywam, nie przetwarzam, bo mam niskie ciśnienie i sprawdziłam, że ów sok obniża mi je tak bardzo, że potykam się o wzorki na dywanie. Więc- częstujcie się państwo ptaszkowie. Bieżący czas kojarzy mi się z winem, a my lubimy wino i winorośl. Pielęgnować jej nie potrafimy, ale czasem też udaje się nam doczekać do delektowania się słodkimi, deserowymi gronami. Moi znajomi, „winni” koneserzy podśmiechują się ze mnie pod nosem, bo lubię wino białe i półsłodkie, a lodowe zwłaszcza. A to wiadomo, jesienią i późną jesienią się dzieje. Teraz trwa wspaniały czas długich wieczorów, a w nim wreszcie przestrzeń na czytanie, tak lubiane w naszej rodzinie. No i zakończyły się przerwy między sezonami w teatrach, więc znów coś nowego pojedziemy obejrzeć. I tak przesączają się przeze mnie dni, w tempie płynnego miodu. Nie marzy mi się nic inaczej, bardziej, więcej, dalej, niż tak jak mam. I to jest moje wielkie życiowe szczęście.